poniedziałek, 26 lipca 2010

1D - Plan Węgry, ale dotarliśmy tylko na Słowację.


26 lipca 2010 - poniedziałek
Licznik na starcie – 3650 mil
W maju tego roku kupione motocykle. Po 30 latach bez motocykla wręcz przypadkiem kupiłem hondę 600 bo była ładna. Jakoś ta historia musiała się zacząć. Skoro już był motocykl to zaczęliśmy organizować wyjazd na dwa motocykle. Zupełnie bez doświadczeń w tym względzie i bez umiejętności postanowiliśmy pojechać gdzieś. Padło na piękną trasę przez Bałkany do Albanii. Wyprawa pod tytułem „Lans bałkański”

Po kilku tygodniach przygotowań przyszedł dzień wyjazdu – wymarzony poniedziałek. Praca do ostatniej chwili – jak ostatnie chwile pod wodą na bezdechu.  

Motocykle:

Rafał – honda VTX 1800 – ponad 300 kg, z bagażem dużo więcej… ;)
Ja – honda VLX 600 – piękna, zgrabna, na solowy wyjazd perfekcyjna.
„System sakw” (to trzeba zobaczyć): kupione na aukcji bardzo pojemne plecaki z demobilu (szt. 8 PLN) plus ochrona przeciwdeszczowa (30 PLN) plus troki… no tak… bardzo pakowne ale nie sprawdzone. Za to wersja ekonomiczna J.
Ponadto dwie wersje orientacji w terenie: Rafał - mapy i plany. Ja – nawigacja z „pewnym” pokryciem dróg w większości krajów, do których zmierzamy. Tak na serio to liczę, że chociaż wskaże nam azymut.


fot.Mirek Smoczyński


Trasa:
Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Macedonia, Czarnogóra, Chorwacja, Austria, Czechy. Na tej trasie wyznaczyliśmy sobie kilka pewnych punktów – np. trasa Transfogarska czy Tirana, ale bez miejsc noclegowych czy też sztywnych założeń w czasie.


Pogoda: po kilku tygodniach upałów leje i to ostro. Jako początkujący motocykliści motocyklowi przesuwamy start o godzinę, na dziewiątą. Potem jeszcze godzinę. Ostatecznie startujemy około w pół do 12-tej. Plan: Tokaj Węgry: 570 km. Wydaje się jak najbardziej osiągalne. Czemu Tokaj? Oczywiście najbardziej podoba nam się nazwa miejscowości J.

Do Radomia wszystko toczy się pięknie. Chwilami pada i mokro ale jesteśmy zabezpieczeni strojami robotników leśnych więc jest ok. W Radomiu dramat – nie ma jak wydostać się
w kierunku Rzeszowa – Rafał z mapą, ja z nawigacją tracimy godzinę…
W końcu decydujemy się na jazdę na azymut i jakoś się udało…
Śmigamy sobie jak mustangi. Droga kręta ale malownicza. Zdecydowanie na enduro a nie na cruisery. Ech enduro, by tu śmigało bez wysiłku. Co chwila roboty drogowe, żwir, prowizoryczne mostki drewniane lekko zmoczone przez deszcz.

Pomimo warunków przyjemnie wspominam kierowców, zarówno osobówek jak też ciężarowych. Dwukrotnie kierowcy tirów ochronili nas przed wjazdem na suszarki – choć nie jechaliśmy szybko to wystarczająco na rozmowę profilaktyczną. Kierowcy osobówek w miastach bardzo często robili ścieżkę dla naszych maszyn. A jak wyprzedzaliśmy po linii to nawet nikt nie trąbił…
W końcu zbliżamy się do granicy naszego kraju. To jakiś dramat. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów nie ma żadnej stacji paliwowej. Jedyna na granicy to: błoto, dziury, brud, toaleta płatna w barze. Wstyd…
Słowacja - lepsze drogi, ludzie nas pozdrawiają (tłumiki hondy VTX 1800 dźwiękiem wyprzedzają nas znacznie – jak heroldowie). Jednak robi się późno i czuję, że jestem przechłodzony. Decydujemy, że nie ma co pchać się po nocy – trzeba zacząć urlop i włączyć na luz.
Zatrzymujemy się we Ladomirova w pensjonacie familijnym. Siedzimy przy kolacji z gospodarzem i rozmawiamy dużo o życiu, gospodarce, polityce. Bardzo dużo wie o Polsce, nawet o „wojnie krzyżowej” pod pałacem prezydenckim. Z zachwytem stwierdzam, że gość widzi identycznie nasze sprawy jak my. Zaczynając od wizji Europy a kończąc na naszym prezydencie… Każdy fanatyzm to porażka… Ma moją sympatię i wzmacnia moją wiarę, że jest szansa dla tej cywilizacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz